piątek, 29 stycznia 2016

1. Korytarz na siódmym piętrze

Hermionę obudził przenikliwy, mrożący krew w żyłach krzyk.
Jej własny, jak mogła zauważyć, poczuwszy zimny pot na karku i wlepione w nią zmartwione oczy Ginny.
Gdy ruda Gryfonka już miała otworzyć usta, Hermiona westchnęła, kręcąc głową, a następnie sturlała się z ciepłego łóżka. To tylko sen. Zwykły koszmar, powtarzający się od maja.
Początek pierwszego dnia nauki w Hogwarcie przebiegał dość podobnie dla wszystkich. Niemal każdy o tej samej porze snuł się po dormitoriach, szukając niezbędnych rzeczy i z nieprzytomnym wyrazem twarzy uskuteczniał poranną toaletę. Jednak już na Wielkiej Sali uczniowie sprawiali całkowicie odmienne wrażenie; podczas śniadania uszy wypełniał szczęk sztućców i echo ciągłych, ożywionych rozmów. Nikt nie był ospały i ledwo żywy. Wszyscy i każdy z osobna czuł podnoszącą energię, by zacząć kolejny rok szkolny.
- Nie mogę się doczekać pierwszej lekcji starożytnych run – Hermiona orzekła z podekscytowaniem znad opasłego tomu, jednocześnie zajadając się owsianką.
Nie usłyszawszy żadnego odzewu, powoli przeniosła wzrok na osobę siedzącą obok. Victor nie patrzył na nią, wydając się bardzo skupionym na śniadaniu. Dziewczyna przeszyła go spojrzeniem wielkich orzechowych oczu, marszcząc niepewnie brwi. – Wziąłeś starożytne runy jako przedmiot egzaminacyjny, mam rację, Victorze? – Dopytała poważnym, nauczycielskim głosem, przekrzywiając głowę w oczekiwaniu na odpowiedź. Victor tylko lekko pokręcił głową, uśmiechając się przepraszająco.
- W tym roku zostałem kapitanem drużyny Gryfonów – Odparł powoli, jednak z dumą. – To też wiąże się z ogromną odpowiedzialnością – Dodał pouczająco, widząc jak twarz Hermiony stopniowo się zmienia. Po sekundzie profesor McGonagall wręczyła obydwojgu ich plany lekcji.
Gryfonka stale siedziała jak skuta lodem, ściskając kurczowo swój plan.
- Oh, nie złość się, Hermiono – Victor odgarnął włosy z czoła i rozczochrał dłonią fryzurę dziewczyny, uśmiechając się wesoło. – To tylko jeden przedmiot beze mnie, chyba dasz radę? – Nie spojrzawszy na przyjaciółkę, zapytał przyglądając się swemu zwitkowi pergaminu.
Dla Hermiony sekundy mijały nieprawdopodobnie wolno. Nie mogła pogodzić się z myślą, że Victor nie podjął się w tym roku nauki starożytnych run. Nie doceniał tego jak wielki talent miał w ich odczytywaniu, jak wspaniale radził sobie z każdym poleceniem i jaki wspaniały duet tworzył razem z nią. Porzucił to wszystko dla miotły! Chciała krzyczeć, przywrócić mu zdolność rozsądnego myślenia. Ale zamiast tego…
- Mam nadzieję… - Odezwała się ochryple, siląc się na słaby uśmiech, gdy w tej samej chwili ktoś jej przerwał.
- Pokaż plan! – Zawołał Teodor Nott, wyrywając kartkę z dłoni swojego kuzyna. – Slughorna jeszcze nie ma…Eliksiry mamy razem, dobrze widzę? To dobrze, może uda ci się nauczyć Malfoy’a różnicy między zgnieceniem na miazgę, a powolnym ugniataniem, bo to nie lada sztuka… mam rację, Baker? – Poklepawszy Victora po ramieniu, uśmiechnął się, przypominając sobie ile śmiechu zagwarantował wszystkim brak umiejętności Dracona. Wyciągnął rękę po tosta ze stołu Gryfonów i luźnym krokiem odszedł w kierunku swojego miejsca.

*

- Co masz teraz!? – Krzyknęła Addison, widząc Jaspera pierzchającego z Wielkiej Sali z prędkością światła. Ona wraz z Millie stały już na holu, delektując się ostatnimi wolnymi chwilami przed lekcjami.
Krukon był już na końcu korytarza, gdy odwrócił się z przejęciem wypisanym na twarzy. Przyłożył dłonie do ust, by go lepiej usłyszały przez tłum wylewających się uczniów.
- Wróżbiarstwo! Nie mogę się spóźnić! – Wrzasnął, machając na pożegnanie.
Dziewczęta zaśmiały się, przewracając oczami.
- Z niecierpliwością czekam, aż dostanę od niego jakąś małą przepowiednię – Millie zaśmiała się gładko, z nutką ironii.
Addison udając jak otwiera swoje wewnętrzne oko, zaczęła przemawiać głębokim tonem.
- Millie – Westchnęła, a Ślizgonka od razu wybuchła śmiechem. – Millie, czeka cię coś naprawdę strasznego! Ja.. – Dotknęła jej dłoni. - …Jeszcze nigdy nie czułam tak złej aury wokół nikogo… - Otworzyła oczy, a od razu pojawiły się w nich zabójcze ogniki. – Chyba nawet wiem dlaczego – Prychnęła z obrzydzeniem, przeszywając zimnym spojrzeniem Randalla za plecami przyjaciółki.
Ślizgonka zmarszczyła brwi z zakłopotaniem, czując czyjś oddech za sobą.
- Zobaczymy się na drugim śniadaniu, muszę zdążyć na opiekę – Addie rzuciła oschle, nie spuszczając wzroku ze Ślizgona. Millie rzuciła tylko błagalne spojrzenie w jej kierunku, nim Gryfonka zwróciła się w kierunku wrót Hogwartu.
Dziewczyna odwróciła się tyłem do chłopaka, zarzucając swymi długim czarnymi włosami. Założyła ręce na piersi, mówiąc chłodno.
- Pozbawiłeś mnie pięciu minut rozmowy z najlepszą przyjaciółką.
Randall teatralnie przewrócił  oczami, podchodząc bliżej. Ignorując wcześniejszą uwagę dziewczyny, zapytał czarująco.
- Dasz się odprowadzić na zajęcia? – Jego zimne spojrzenie spotkało chytre bladozielone tęczówki Millie, która po chwili uśmiechnęła się, pokazując rząd białych zębów. Delikatnie poprawiła chłopakowi wystający krawat i podniosła głowę ku górze.
- Ani myślę. – Odparła krótko i ozięble, następnie przekręciła się na pięcie i ruszyła w swoim kierunku z  wysoko uniesioną głową.

*

- To znaczy, ja od zawsze uważam, że wróżbiarstwo jest niesamowicie mętne, nie znoszę dziedzin, które nie są ściśle określone…Ale z chęcią mogę posłuchać! – Hermiona uśmiechnęła się szczerze do okularów Jaspera, który z zapałem pokiwał głową.
- Będę musiał tylko przed tym napisać wypracowanie dotyczące sposobów komunikacji mugoli, ale to nie zajmie długo…Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko, że spotkalibyśmy się w bibliotece godzinę później?
Krukon mocno ściskał księgi w swych chudych rękach, czekając z przejęciem na odpowiedź starszej Gryfonki. Gdy tylko uniosła kąciki ust, policzki Jaspera zaróżowiły się, a w żołądku obudziło się stado żwawych motyli.
W jednej sekundzie Hermiona zapowietrzyła się, a uśmiech chłopaka zmalał.
- …o dziesiątej mam patrol! – Jęknęła z bólem, nagle przypominając sobie obowiązek. – …z Malfoy’em! Przepraszam cię, Jasper, naprawdę mi przykro, ale chyba będziemy musieli to przesunąć na jutro. – Z prawdziwym żalem spojrzała w oczy chłopaka, ale jedna mała godzinka nie mogłaby im starczyć na wymianę swoich poglądów. -  Bez obaw, opowiem ci za to, co czeka cię w przyszłym roku na numerologii, to dopiero rewolucja! Prawdziwa numerologia zaczyna się na siódmym roku, nie zdajesz sobie sprawy…. – Hermiona ćwierkała z urzeczeniem, wspominając swoje wcześniejsze lekcje, gdy nagle usłyszała za sobą zgodną salwę śmiechu.
- Granger! W godnym towarzystwie się obracasz! – Hol przedarł złośliwy krzyk Teodora Notta w grupce swych oddanych przyjaciół. Jasper spuścił wzrok, a Hermiona sztywno obróciła głowę, czując jak jej krew dochodzi do twarzy. – Ratujcie się! Plaga moli książkowych nadchodzi! – Udając strach, Ślizgon otrzymał przeogromną aprobatę w postaci zawistnych rechotów chłopaków.
- Nie przesadzasz? – Victor syknął ze złością do ucha przyjaciela, gromiąc go spojrzeniem. – Nie zapominaj, kim jest też dla mnie. – Warknął ostrzegawczo, po czym uderzył Notta swym barkiem, ułatwiając sobie przejście.
Draco uniósł ze zdziwieniem brwi, obserwując całą sytuację z niewykrywalnym przez wszystkich zaciekawieniem, trzymając ręce w kieszeniach.
- Oh, daj spokój, stary! – Ted krzyknął za nim, bezradnie rozkładając ręce, ale ten już był przy Gryfonce. Ślizgon przeniósł wzrok na Dracona i tylko mruknął. – Nieważne. – Potem zostawili Victora w innym towarzystwie, olewając go ruchem ręki.

*

- Dlaczego nie załatwiłaś tego w pociągu, Millie!? - Lamentowała Addie z prawdziwym bólem w głosie. Przejechała dłońmi po twarzy. 
Ślizgonka w odpowiedzi prychnęła.
- Bo jestem przekonana, że gdybym jeszcze ja zaczęła robić problemy po tobie - Uśmiechnęła się sztucznie. - Niewiele wskórałabym, dołączając się. - Teraz zagryzła wargę z niezadowoleniem, a spojrzenie Gryfonki złagodniało. 
- Mówiła wyraźnie - Westchnęła Addison. - prefekci z INNYCH domów, a więc idź jej to przypomnieć, bo dwie godziny z Randallem sam na sam... - Wzdrygnęła się z ewidentnym obrzydzeniem. - ...Wystarczy, że ja muszę to przeżywać. - Poklepała pokrzepiająco przyjaciółkę po ramieniu, jednak ta wyrwała się, biegnąc przed siebie. W tłumie dojrzała przechodzącą prefekt naczelną. Nie można powiedzieć, że była chętna do rozmowy. Nie lubiła tej dziewczyny, choć nie wiedziała konkretnie dlaczego.
- Wybacz - Złapała lekko rękaw jej szaty, a ta od razu odwróciła się z badawczym spojrzeniem, widząc zielono-srebrny krawat. Millie wzięła ogromny haust powietrza. - Wczoraj w pociągu, wyraźnie nadmieniłaś, że patrol będą pełnić prefekci z dwóch innych domów...A w środy mam go mieć z chłopakiem z mojego domu. - Dokończyła dosadnie, tonem wysoce wyrafinowanym, czekając na reakcję. Zrób coś! Jęczała w myślach, widząc malujące się współczucie na twarzy Gryfonki.
- Przepraszam, ale to nie możliwe - Odparła łagodnie, aczkolwiek ze smutkiem. - Naprawdę przykro mi z powodu takiej pomyłki, ale zostało na was nałożone zaklęcie, dzięki któremu o tej porze możecie być na korytarzach bez żadnych konsekwencji. - Westchnęła ociężale, wydymając dolną wargę.
Millie spojrzenie stało się puste i bez wyrazu. Z rezygnacją pokiwała głową.
- Rozumiem, co czujesz - Hermiona odezwała się ponownie. - Też mam patrol z nieodpowiednią dla siebie osobą...Spróbuję to zmienić w drugim semestrze. - Orzekła, uśmiechając się pocieszająco. - ...Do tego czasu musimy wytrzymać.

*

Ogromny dzwon wybił godzinę dwudziestą drugą, a Hermiona punktualnie o tej porze pojawiła się w korytarzu na siódmym piętrze. Nie wiedziała, czy powinna się cieszyć, czy raczej nie z nieobecności Ślizgona. 
Usiadła na podwyższeniu, z uśmiechem obserwując ścianę, za którą krył się Pokój Życzeń.
Właśnie w takich chwilach najbardziej odczuwała brak swych najbliższych przyjaciół. Oni obrali inną drogę do swojej przyszłości, a ścieżka Hermiony musiała przebiec przez ostatni rok nauki w Hogwarcie. 
Korytarze wypełniała głucha cisza i pustka. 
Gdy po pewnym czasie zimno zaczęło przebiegać po jej plecach, postanowiła się przejść, a na chodzeniu w tę i z powrotem w jednym tempie oraz rozmyślaniu nad wszystkimi swoimi pracami domowymi zleciała godzina. W samotności. Nie można powiedzieć, że Gryfonce to nie odpowiadało, jednak zasady to zasady i Malfoy powinien się stawić. W przeciwnym wypadku, złoży skargę dyrektor McGonagall, nie zważając jak bardzo źle dla niej mogłoby się to skończyć. Olewanie tak istotnych rzeczy, było dla Hermiony nie do przejścia.
 Zostało czterdzieści pięć minut. Usiadła z powrotem na podwyższeniu, opierając zmęczoną głowę o kolana.
- Zejdź – Nad sobą usłyszała lodowaty, przeszywający ją do szpiku kości głos. Powoli podniósłszy głowę, ujrzała kogoś, kogo powinna oglądać przez ostatnią godzinę. Nie dowierzając, patrzyła na niego w ciszy, mrugając za szybko.
- Chyba żartujesz. – Spojrzała w bok. – Ten parapet ma prawie dwa metry.
Draco podążył leniwie za jej spojrzeniem, po czym ponownie spojrzał na nią z podejrzaną obojętnością.
- Zejdź, Granger – Powtórzył ostrzej. – Jeszcze urosną mi brzydkie skrzydła i zacznę pożerać każdą brzydką książkę na swojej drodze, jeżeli usiądę w twoim towarzystwie. – Dumny ze swojego stwierdzenia, uśmiechnął się bokiem. Hermiona również chciała coś odeprzeć, mimo tego, że gdzieś na szarym końcu serca, ta uwaga ją zakuła. Prostackie uwagi w stylu "plugawa szlama" nie obchodziły ją już zanadto. Była zdolną czarownicą pochodzenia mugolskiego i nie wstydziła się tego. Dużo ciężej było znosić złośliwe komentarze dotyczące tego co lubi, tego czym się fascynuje i tego co uważa w sobie za najbardziej wartościowe. Niestety w tej samej sekundzie za rokiem dosłyszała potężny huk. Mocno zacisnąwszy dłoń na różdżce, pobiegła szukać źródła hałasu, na tą chwilę wymazując chłopaka z pamięci. 
Malfoy dalej stał wyprostowany, chowając ręce w kieszeni. Obojętnie spojrzał na oddalającą się Hermionę, a gdy zniknęła, z chytrym uśmiechem usiadł na podwyższeniu, wyciągając się wygodnie.
Po prawie dwudziestych minutach usłyszał echo stąpających stóp Granger.
- Chochliki Kornwalijskie, doprawdy! – Ryknęła, nie posiadając się z oburzenia. -  Jak ty i twoja banda śmiecie robić tak potworne żarty! O ile można to nazwać żartami...Czy ty zdajesz sobie sprawę, jaki bałagan…
- To nie żarty. – Urwał Draco, nie patrząc w jej kierunku.  – To uprzykrzanie życia. – Mówiąc to, bawił się swoją różdżka, przekładając ją między palcami. Nagle i niespodziewanie z prędkością światła wycelował nią w Hermionę. Gryfonka wyczulona na jakiekolwiek ruchy podobne do takich, w przeciągu ułamka sekundy, krzyknęła formułę zaklęcia Expelliarmus. Głogowa różdżka poleciała jak długa, wywołując ciche echo na kamiennych posadzkach.
- Chciałem zapalić pochodnię. -  Hermiona słysząc ten głos pełen jadu przygryzła ze wściekłości usta. – Wypaliła się – Dodał wolniej, wstając. Dziewczyna aż kipiała ze złości, płonąc na twarzy. Chciała wrzeszczeć, drapać, bić, byleby tylko zmyć ten pyszałkowaty wyraz z jego twarzy. Ukartował to z jego ograniczonymi przyjaciółmi, wiedziała to, wykiwał ją, by zostać samemu w spokoju, a jej przysporzyć roboty i problemów, również z Irytkiem, który został zwabiony do zdewastowanej klasy z prędkością światła.
Obserwowała uważnie jak Malfoy kieruje się ku miejscu, gdzie leżała jego różdżka. Wpadając na cudowny pomysł, użyła niewerbalnych zaklęć, powodując jej ucieczkę od właściciela, który w tej samej chwili schylił się, wyciągając ku niej dłoń. Chłopak przewiercił nienawistnym, piorunującym wzrokiem Gryfonkę, której twarz wyrażała fałszywe politowanie. Uśmiechnęła się szeroko, niemal od ucha do ucha, w duchu nienawistnie śmiejąc się z krępacji Dracona.
Ślizgon nie mógł zdzierżyć takiego aktu poniżenia i swego rodzaju pomiatania za sprawą mugolskiej Gryfonki. Potrafił zdobyć się na odrobinę obojętności i pobłażliwości, jeżeli tylko nie będzie sprawiała problemów. A tu, proszę. Policzki chłopaka oblał blady rumieniec, a wargi zadrżały za sprawą furii wypełniającej go od środka. Kiedy przyglądał się jak Hermiona z uśmiechem pokazuje mu plecy, wybiła północ. Koniec ich patrolu. Zmrużył oczy, wydymając dolną wargę. Wypełniała go nieopisana pasja.
Po dwóch sekundach był tuż za nią. Ścisnąwszy mocno łokieć dziewczyny, odwrócił ją twarzą do siebie. Na tej delikatnej twarzy z początku wymalowało się raczej większe zdziwienie niż klasyczne dla niej obrzydzenie. Dopiero po chwili, gdy zrozumiała co się dzieje, gniewnie zmarszczyła brwi, patrząc w jego przenikające błękitne z przebłyskami szarości tęczówki bez krzty strachu czy skruchy.
- Nie wiem, co sobie pomyślałaś z początkiem roku, Granger – Szepnął, jednak nie był to bezpieczny ton. Pojedynczy kosmyk kręconych włosów pod wpływem głosu chłopaka, uniósł się frywolnie. – Hogwart może i się zmienił, ale ja ani trochę. – Uścisk na łokciu powodował coraz większy ból, choć zdawał się dochodzić do jej głowy gdzieś z oddali przez miętowy zapach Ślizgona, który niemiłosiernie i zdecydowanie nieprzyjemnie drażnił jej nozdrza.  Niechże mnie już puści! krzyczała w głowie. Inaczej użyję którejś nieprzyjemnej klątwy. Jednak gdy zaczęła się mocniej wyrywać i gotować na dzikie wrzaski, Draco uwolnił ją z uścisku, a nawet ordynarnie odepchnął. – Miej to na uwadze, Granger.


--------------------
Jeżeli udało Ci się przeczytać pierwszy rozdział, ponownie ślę podziękowania i uściski!
Żywię nadzieję, że choćby jeden aspekt w tej notce Ci się spodobał i zajrzysz tu jeszcze z nadzieją na kolejną część.
Trzymajcie się wszyscy cieplutko,
MoonSeer c:

sobota, 23 stycznia 2016

Prolog

Draco, Astoria, Blaise

- Gdybym wcześniej wiedział, że czeka mnie jeszcze jeden rok w tej szkole – Odezwał się Draco nieobecnym głosem. – rzuciłbym się z którejś wieży – Zmierzył potępiającym spojrzeniem grupkę małych dzieciaków żegnających się z rodzicami.
Na peronie 9 i ¾ panował nieopisany gwar i harmider. Uszy wszystkich wypełniały piski sów, przenikliwe miauczenie kotów, a przede wszystkim głosy tak dobrze znanych osób. Wydawałoby się, że w ostatnim czasie nic nadzwyczajnego nie miało miejsca. Każdy z osobna starał się tak myśleć, próbując stopniowo kasować mrożące krew w żyłach wspomnienia. Nie było już nic co mogłoby im zagrażać.
- Z pewnością – Stojący naprzeciw Draco Blaise odparł zgryźliwie, uśmiechając się pod nosem. Astoria Greengrass zawtórowała płynnym chichotem. 
Malfoy tylko prychnął wzgardliwie z cynicznym uśmiechem na ustach, poderwawszy podbródek. - …A już się obawiałem, że nie trafi.

Nott, Pansy, Victor

Przez tłum przedzierała się trójka siódmoklasistów. Właściwie jedna osoba ciągnęła za sobą dwójkę  złączonych ciał.
- Przestańcie, chociaż na chwilę – Victor Baker był dobrze zbudowanym Gryfonem o burzy mahoniowych włosów, które właśnie opadły mu na czoło. Wlókł za rękaw swojego najlepszego przyjaciela i jednocześnie kuzyna od strony matki. Rzucił wzrokiem pełnym politowania, sycząc. – Błagam, Ted.
 Na te słowa wysoki, ciemnowłosy chłopak wyprostował się, odgarniając włosy. Otwarłszy kciukiem usta, uśmiechnął się do nieskazitelnej twarzy Pansy. Obydwoje pośpiesznie obtarli dłońmi swoje ubrania, gotując się na spotkanie z tłumem.
- Tam! – Pansy wykrzyknęła, machając ręką nad głowami wszystkich ludzi. – Chodźcie, prędzej – szarpnęła lekko Notta, który ruchem oczu stanowczo nakazał Victorowi podążać za nimi. Jednakże ten tylko żartobliwie pomachał, nim całkowicie zmienił kierunek, rozgarniając tabun czarodziejów, by umożliwić swobodne przejście.

Hermiona, Ginny

Mimo tak zwykłego wstępu, nie można było czuć, że to zwykły początek roku szkolnego w Hogwarcie. Nie każdy powrócił, by dokończyć swoją naukę. Skutkowało to tym, że teraz Hermiona Granger rozmawiała tylko z jedną osobą na peronie.
Ginny zaśmiała się wesoło.
- Spójrz, Jasper już tu jest!
Hermiona podążyła opanowanym wzrokiem za wskazanym kierunkiem i uśmiechnęła się gładko. Nie zastanawiając się nad niczym, energicznie kiwnęła smukłą dłonią i niemal w tej samej sekundzie chłopak jej odpowiedział.
 Szesnastoletni Jasper Bennet był idealnym partnerem do każdego projektu, pracy domowej, czy wymiany poglądów w obszernej bibliotece. Jego niebiesko-szary krawat majaczył z daleka, widać, zdążył już się przebrać. Na twarzy chłopaka zawsze gościł uśmiech, a palce wiecznie zaciskały się na okładce jakiegoś opasłego tomiszcza. Zmierzał naprzeciw tłumowi, z pewnością kogoś poszukując, gdy wtem ktoś szturchnął go na tyle ordynarnie, że okulary z jego nosa niemalże upadły wprost pod stado dzikich stóp niezliczonej ilości osób.
- Malfoy – Syknęła brązowowłosa, mrużąc ze złości swoje orzechowe oczy. – Malfoy i jego świta – Pokręciła powoli głową, chcąc puścić się za sprawcą i zmusić go do przeprosin, mimo że już straciła Jaspera z oczu.
- Odpuść, Hermiono – Usłyszała za sobą głos gładki jak aksamit i poczuła lekki uścisk na ramieniu. Zarzuciwszy swoją burzą loków, ujrzała uśmiechającego się Victora. Ucisk zelżał, a Hermiona westchnęła, cofając krok.

Addison, Millie, Jasper, Randall

Jasper z nieopisaną radością i werwą przywitał się z Hermioną Granger, Prefekt Naczelną, jednak musiał odszukać kogoś jeszcze ważniejszego. Na jego twarzy rozkwitł uśmiech pełen ekscytacji, gdy w nieokrzesanym tłumie rozpoznał dwójkę swoich przyjaciółek, sprzeczających się o coś zawzięcie. Przyśpieszył kroku, jednak wtedy poczuł nagły ból w ramieniu. W ostatniej chwili przytrzymał okulary i nawet nie podniósł wzroku w poszukiwaniu winowajcy, tylko puścił się jeszcze szybszym biegiem.
Trójka naprawdę specyficznych przyjaciół z szóstego roku witała się ze sobą, krzycząc jeden przez drugiego.
Gdy emocje opadły, Addison Carter, niska Gryfonka o gęstych włosach koloru mlecznej czekolady, sarknęła przygnębiającym tonem.
- No i zepsuł mi rok szkolny. – Westchnęła z niezadowoleniem, machnąwszy lekceważąco dłonią.
- Czemu? Co jest? – Spytała łagodnie czarnowłosa Millie, jednocześnie z Jasperem podążając wzrokiem za kierunkiem Addie. Dopiero wtedy przygryzła dolną wargę i spuściła głowę, zapalczywie obserwując węża widniejącego na jej piersi.
Ku trójce uczniów zmierzał kolejny Ślizgon z ich roku. Dumnie uśmiechnięty i wyprostowany Randall Gilbert. Szczupły i nieziemsko przystojny chłopak z rodu o doskonałej historii. Wielu ludzi widziało w nim młodszą wersję Dracona Malfoya, jednak to stwierdzenie nie miało w sobie nawet grama prawdy. Tej dwójki nie łączyło nic więcej oprócz koloru krawata zawiązanego pod szyją. Mimo, że obydwaj byli blondynami, włosy Randalla nie były śnieżnobiałe, tlenione, jak Dracona. Jego fryzura wyglądała jakby wylano na nią srebro z domieszką typowego koloru blond. Jego oczy…Millie dobrze je znała. Spojrzenie najbardziej przeszywające i przyprawiające o gęsią skórkę, a jednocześnie pełne drwiny. Tęczówki zimne, szare. Można powiedzieć, że znała je jeszcze mocniej niż po prostu  „dobrze”. Chociażby teraz miała okazję im się przyjrzeć, gdy nachylał się, by złożyć na jej ustach pocałunek.
- Jak dotąd, nic się nie zmieniło – odepchnęła go lekko, odzywając się pustym głosem.
*
Hermiona odchrząknęła, musnąwszy opuszkami palców swoją odznakę Prefekta Naczelnego.
- Witajcie – Ton głosu miała napięty, choć mimo wszystko udało jej się poprowadzić zebranie Prefektów w Ekspresie Londyn-Hogwart. Pomijając fakt, że dopóki nie nadeszła kwestia patrolowania korytarzy nikt nie zamierzał jej słuchać.
-  Pewnie już wiecie, że patrolować korytarz ma dwójka prefektów z innych domów, chłopak i dziewczyna. – Urwała, spoglądając na kartkę. - …Przedstawiałoby się to następująco… - I zaczęła się litania, dotycząca godzin, pięter i osób. W tym czasie Victor zdążył uśmiechnąć się nikle, na wieść o wachcie z Pansy we wtorki, a  Millie poczuła skurcz żołądka słysząc swoje imię zaraz po Randalla w środy. - …No i została nam para Malfoya i Addison Carter w poniedziałki, korytarz na siódmym… - Hermiona zastanowiła się, czemuż kartka musiała być tak pogmatwana. Nic nie było ustawione chronologicznie. 
- Ja. Razem. Z nim? – Dopytała oniemiałym głosem Addie, rozdzielając każdą część. Jej błękitne oczy wyrażały głęboki żal do twórcy planu. – Nie – Rzuciła w powietrze, stanowczo kręcąc głową na boki. – Nie! Na pewno nie, Hermiono, nie zniosę z nim dwóch godzin każdego początku tygodnia, nie ma takiej opcji! – Takimi i podobnymi piskami Addison zaczęła dzielić się ze wszystkimi w przedziale. Każda para oczu zwróciła się w jej kierunku. Draco uśmiechnął się cynicznie, prychając cicho w miarę jak oburzenie dziewczyny wzrastało.
Hermiona wpatrywała się jak oniemiała, mrugając raz po raz.
Natomiast Victor gniewnie zmarszczył brwi, zakładając ręce na piersi.
- Czy ta dziewczyna jest stale taka problematyczna? – W czasie gdy Gryfonka kłóciła się co sił o zmianę partnera, Victor odezwał się do stojącego nieopodal Jaspera, który ostrożnie pokiwał głową.
- …Nie wiem co mam poradzić, Addison – Hermiona z opanowaniem spojrzała na sztywną kartkę, namiętnie główkując. – No chyba, że… - Umilkła, żałując tych słów. Podniosła wzrok na wielkie, zbolałe oczy Addie, nim westchnęła. – Istnieje taka możliwość, że wymienimy się… - Westchnęła. - Ale wtedy masz piątek z Randallem Gilbertem. – Rzuciła powoli, uśmiechając się pokrzepiająco i nie zwracając uwagi na chichot chłopaka.
Addison oblizała dolną wargę, próbując podjąć decyzję. Miała co tydzień spędzać tyle czasu z tak nieodpowiednimi dla niej osobami… Tak bardzo zadufanymi w sobie, egoistycznymi…
- Randall to chyba mniejsze zło. – Wymsknęło się jej, a po paru chwilach było po wszystkim.
Hermiona siedziała sama w kołyszącym się przedziale, z bólem serca zmieniając osoby. Dźgnęła kawałek pergaminu różdżką, jednocześnie zaprowadzając  na niej porządek.

Poniedziałek: godzina: 22:00, korytarz na siódmym piętrze, Hermiona Granger (Gryffindor) i Dracon Malfoy (Slytherin)

~

Jeżeli dotarłeś/aś aż tutaj, bardzo dziękuję za poświęcony czas!
Prolog prezentuje się w taki sposób i jestem świadoma, że początek to początek i najpierw należy Was konkretnie wprowadzić w temat...Temat, który zapowiada się najnormalniej na świecie, ale nie mogę zagwarantować  zwyczajności w przyszłych rozdziałach!

Do zobaczenia już wkrótce, 
Wasza MoonSeer c: