niedziela, 7 lutego 2016

2. Rewolucyjna decyzja

Odkąd tylko słońce wstało i przyjemnie łaskotało swoimi płomykami, dzień był pogodny i pełen pozytywnej energii. W powietrzu nadal było czuć lato, ptaki śpiewały swoje serenady, wszędzie dominowała zieleń. Nawet mury Hogwartu, przeważnie chłodne i szorstkie wydawały się dziś cieplejsze i przyjemniejsze.
- Transmutacja na waszym poziomie to zdecydowanie koniec zabawy, a początek prawdziwej sztuki modyfikowania kształtów – profesor McGonagall prowadziła lekcję przyciszonym głosem, a i tak roznosił się po całej klasie, docierając do uszu każdego. – W tym roku skupimy się na transmutacji ludzi – Wtedy zapanowało poruszenie. Wszyscy szóstoklasiści w sali rozszerzyli oczy z podekscytowaniem. Jasper Bennet aż pisnął z zadowolenia, zwycięsko ściskając pięść. – Oczekuję od was wyjątkowej przykładności  i pracowitości, gdyż…
- Pani profesor? – Zza drzwi wyłoniła się wesoła twarz Victora Baker'a. – Mogę przerwać na moment? – Uśmiechnął się niewinnie, gdy spotkał ostre spojrzenie spod okularów nauczycielki. Bez słowa usiadła za biurkiem, co uznał za pozwolenie.
Odważnie stanął na podwyższeniu i z prawdziwą werwą zaczął głosić.
- Słuchajcie – Zwrócił się tu do swoich kolegów i koleżanek z domu. – W tym roku nie zamierzamy próżnować, treningi zaczynamy jak możliwie najwcześniej – Z uśmiechem uderzył pięścią w otwartą dłoń. – Zmiażdżymy wszystkich, a na koniec roku profesor McGonagall – Tu skłonił się z czcią w stronę kobiety. – Z wyszukaną gracją będzie przyjmować gratulacje – Ucichł na ułamek sekundy. - ...Jutro wstępne eliminacje! Nasz skład musi być najlepszy, a na pucharze nazwa naszej drużyny, nie widzę innej…
- Panie Baker, nie ma pan lekcji teraz?
W tej samej chwili duch bojowy wyparował. Victor gwałtownie zamilkł i odwrócił się sztywno. Przełknął ślinę i usiłował się uśmiechnąć.
- Dostałem specjalne pozwolenie od pani Hooch – Oblizał usta, kiwając głową. – Jak każdy kapitan drużyny. – Obawiał się, że profesor McGonagall mogłaby zarzucić mu oszustwo i wymigiwanie się od zajęć, dlatego stale kiwając burzą swych loków doszedł do drzwi. - …Pani profesor – Napomniał cnotliwie po raz kolejny. - …Przecież pani zależy na tym bardziej niż nam – Jego twarz ozdobił delikatny chłopięcy uśmiech, który został lekko odwzajemniony przez nauczycielkę. Po sekundzie chłopaka nie było.
Siedząca w ostatniej ławce Addison obserwowała całą tą scenę z prawdziwym zaabsorbowaniem.

*

W pokoju wspólnym Ślizgonów kręciło się mnóstwo osób. Czas od kolacji mijał nieubłaganie, choć wychowankowie Węża stale urzędowali na czarnych kanapach, zajmując się wszystkim tylko nie spaniem. Wydawałoby się, że po pierwszym tygodniu nauki, każdy będzie myślał o jednym – ciepłej pierzynie i poduszce.
Millie przewróciła oczami, gdy napatoczył jej się widok sklejonego Teodora Nott’a z jego dziewczyną. Westchnęła ociężale, sięgając po książkę. Co kilka minut podnosiła swój bystry wzrok w kierunku ślizgońskiej tablicy ogłoszeń. Oh, idźcie już spać. Jęknęła w myślach, zagryzając dolną wargę.
W końcu wesoły ogień zaczął stopniowo słabnąć, a uczniowie zaczęli przenosić się do swoich dormitoriów. W pokoju panował półmrok i narastająca cisza, gdy Millie ostrożnie wstała. Upewniając się, że została kompletnie sama, podeszła do tablicy ogłoszeń i założyła ręce na piersi. Obserwowała ją uważnie, bijąc się z myślami.
Wstrzymując oddech pochwyciła pióro i zaczęła skrobać po wiszącym pergaminie.
- …Co ty robisz?
 Nagle oblał ją lodowaty pot, a płuca zapomniały o swojej roli. Odwróciła się powoli, napotykając zaintrygowaną twarz Randalla. Chłopak nachylił się centymetr od jej głowy, by ujrzeć co przykuło uwagę Ślizgonki. Po chwili prychnął niekontrolowanie.
- Chcesz grać w drużynie? – Zapytał cynicznie, spoglądając na nią uszczypliwie.
Dziewczyna zmrużyła gniewnie oczy, przysłaniając je czarnym wachlarzem rzęs.
- Powinieneś już spać – Syknęła jadowicie, idąc z powrotem w kierunku kanapy.
Randall nadal stojąc z rękami w kieszeni, oparł się o stojący obok stolik.
- Dopiero co skończyłem patrol, nie słyszałaś jak wchodzę? – odparł kpiarsko, uśmiechając się bokiem. Po chwili pokręcił głową na boki, wzdychając. - …Nie licz na to, Millie – Odezwał się do jej pleców głosem, w którym można było dosłyszeć coś w rodzaju namiastki współczucia wymieszanego z litością. - …Draco na to nie pójdzie. Zauważyłaś kiedyś jakąś dziewczynę w naszym składzie?
Ślizgonka nie zaszczycając chłopaka żadnym spojrzeniem, chociażby wypełnionym pogardą, zabrała swoje rzeczy i podreptała do sypialni dziewcząt. Randall jeszcze raz spojrzał na wiszący pergamin.

*

- Naprawdę się cieszę, że dałaś się namówić, Hermiono – Rzekł Victor w kierunku Gryfonki siedzącej na ławce przy szatniach graczy. Był to pierwszy raz, kiedy patrzyła na boisko z takiej perspektywy, choć nie można powiedzieć, że było to spełnienie marzeń.
- Cała przyjemność po mojej stronie – Odparła, siląc się na słaby uśmiech. Po chwili otworzyła podręcznik do transmutacji. W tym samym czasie Victor obserwował jak na murawę kieruje się pokaźna grupka uczniów. Nie posiadając się z radości klasnął w dłonie, nawołując ich szybciej krzykiem.
Słońce rzucało na jego bujną fryzurę swe parzące promienie, gdy z żywym błyskiem w oku zaczął objaśniać wszystko potencjalnym graczom.
- Na taktyce skupimy się dopiero, gdy nawzajem poznamy swoje możliwości i style… - Nagle Gryfon umilkł, usłyszawszy za sobą przeciągły, ochrypły wrzask.
- Baker! – Malfoy uśmiechnął się pyszałkowato, prowadząc swoich ochotników.
Victor obserwował ich nadejście z kontrolowaną furią w oczach. Oblizawszy usta, spytał powątpiewająco.
- Co wy tu robicie? – Nie zamierzał silić się na uprzejmość, mimo obecności przyjaciela. – Boisko jest zarezerwowane dla Gryfonów, Malfoy – Warknął, zapominając co łączy go ze Ślizgonem. Ten natomiast udając zakłopotanie i zdziwienie, odparł po chwili olśniewającym głosem.
- To może przeprowadzimy eliminacje razem, obserwując mecz naszych ochotników!  - Uśmiechnął się obiecująco, klepiąc osłupiałego Victora po karku. – Przebrać się. – Rozkazał Ślizgonom, nawet na nich nie patrząc.
Kapitan drużyny Gryfonów łapał głębokie wdechy, starając się uspokoić.
- Jest ich za dużo – Odezwał się w końcu bezbarwnym tonem do blondyna, rozluźniającego krawat.
- Będziemy ich zmieniać – Wzruszył beznamiętnie ramionami. Draco w głębi duszy miał nadzieję, że chętni do gry z jego domu rozgromią Gryfonów w każdym tego słowa znaczeniu.
Malfoy zadawał się z Victorem, nie zważając na to, że jest w Gryffindorze. Razem z Nottem i Blaise’m znali się od małego, a sytuacja ów Gryfona kojarzyła mu się z wątkiem Syriusza Blacka. Tyle że ten nie został wydziedziczony, raczej odrobinę ograniczony. Aczkolwiek, nie można powiedzieć, że Vic jakoś szczególnie zawracał sobie tym głowę. Mógł być w Slytherinie. Tiara Przydziału zadała mu decydujące pytanie, a ostateczny wybór należał do chłopaka. Poskutkowało to chłopięcą kłótnią, która minęła z czasem. Choć mimo tego, zawsze coś stawało między ich przyjaźnią – quidditch. Jeden marzył o zgnieceniu drugiego i na odwrót. Przez całe życie.
Przyjemne myśli, dotyczące pucharu quidditcha w głowach obydwu kapitanów przerwał pouczający głos Hermiony.
- Za nielegalny mecz możesz mieć problemy, Victorze – Mówiąc to, nawet nie uniosła wzroku znad książki.
Dopiero w tym momencie Draco zauważył siedzącą na ławce dziewczynę i aż uniósł brwi ku górze, widząc ją tutaj.
- Czy mógłbyś wziąć stąd swoją dziewczynę, Baker? – Odezwał się z udawaną życzliwością. – Podejrzewam, że zmieści się na trybunach – Syknął z niezadowoleniem. -  Nieupoważnionym wstęp wzbroniony. – Dodał ostrzej, przewiercając piorunującym spojrzeniem dwójkę Gryfonów.
Wtedy na murawę wybiegli wszyscy gotowi do eliminacji.
- Jest upoważniona przeze mnie – Odparł bezkarnie Victor, obdarzając Malfoy’a jednym ze swoich bezczelnych uśmiechów i całkowicie ignorując idiotyczne nazwanie Hermiony jego dziewczyną. – No dobra! – Klasnął w dłonie. – Na miotły!

*

Mecz był zawzięty, bezsprzecznie. Każdy dawał z siebie tyle ile mógł, byleby tylko dostać się do drużyny. Widać było sporo utalentowanych uczniów, a na dole czekało ich jeszcze dwa razy tyle.
Odczekawszy kolejne parę minut, kapitanowie zgodnie zadecydowali rotację.
- PARKINSON NA MIOTŁĘ! - Wrzasnął Draco, w pierwszej chwili nie zwracając większej uwagi na wyczytane nazwisko. Natomiast Victor usłyszawszy słowa przyjaciela, od razu skierował wzrok w lewo, a promienie słońca od razu go oślepiły. Blondyn po sekundzie leniwie dołączył do niego.
- To ta dziewczyna, z którą mam patrol... - Oznajmił niepewnie Gryfon, unosząc brwi ku górze. - ...Nie wiedziałem, że potrafi grać...
- Bo to nie jest Pansy - Uciął Draco, bacznie obserwując jej poczynania z tłuczkiem. - ...DLACZEGO JEST REMIS?! - Jego ochrypły okrzyk niespodziewanie przedarł boisko, tak że żyły na jego szyi uwydatniły się. Nie bardzo interesowała go sprawa tej dziewczyny. Jedyne co go zaintrygowało to jej determinacja i odwaga, że zdecydowała się przyjść na eliminacje do składu, gdzie nie pojawiła się dziewczyna najpewniej od zarania dziejów.
- To co, siostra? - Victor dopytywał dalej, przypominając sobie, że pojawiła się też w przedziale prefektów w drodze do Hogwartu.
Ślizgon wywrócił oczami, starając się skupić na pracy graczy.
- Nigdy nie widziałem jej w domu tych Parkinsonów - Odparł szybko i niedbale, wzruszając ramionami. - ...Z resztą jest dużo ładniejsza od Pansy, więc to na pewno nie rodzina. - Dodał ze zjadliwym uśmiechem. - Zapytaj Notta, jeżeli tak ci na tym zależy. Siedzi z Blaise'm w szatni. - Od niechcenia rzucił wzrokiem za siebie w kierunku przebieralni, nieodłącznie napotykając wizerunek Hermiony. Zatrzymał się na nim, by pozwolić sobie na chwilę przewiercenia dziewczyny spojrzeniem wypełnionym niechęcią i urazą.
Victor posłusznie ruszył we wskazanym kierunku, przepełniony ciekawością, a po minucie czy dwóch wrócił z kolejną informacją. Niestety mało istotną.
- Nott powiedział to samo. - Uświadomił blondyna, jakby to miało go w ogóle obchodzić.
- Mało jest Parkinsonów na wyspie? Skup się na grze. - Uciął Draco, zmęczony tą rozmową. W końcu, wycisnąwszy ze wszystkich graczy siódme poty, wyciągnął z tylnej kieszeni rozpiskę nazwisk. Powoli, jakby z niepewnością zakreślił nazwisko Millie, zaprowadzając tym samym rewolucję. W składzie ślizgońskiej drużyny zawitała dziewczyna. Chłopak wiedział, że to nie w stylu jego domu, ale wydawało mu się, że w jej ciele drzemie ogromny potencjał, a to właśnie tego potrzebował, by zmiażdżyć dom wroga - świeżej krwi z ambicjami. A jeżeli się nie sprawdzi, to zwyczajnie ją wywalę. Uśmiechnął się pod nosem, obserwując jak Victor dokonuje wyboru w swojej drużynie.

*

Hermiona rada, że eliminacje wreszcie dobiegły końca, podreptała w miejsce, gdzie już dawno powinna się udać.
Przemierzając gładkie błonie, niemal czuła gładką, świeżą trawę pod cienką podeszwą butów. Oddychając pełną piersią, z uśmiechem oglądała zbliżającą się chatkę Hagrida. Widniejący za nią Zakazany Las prezentował się majestatycznie jak co roku, a nie tak daleko jezioro z ogromną ośmiornicą pod jego tonią odbijało jasne promienie. Niesamowite, że nic w obrębie Hogwartu nie dawało jakichkolwiek znaków, dotyczących niedawnych przykrych wspomnień.
Poczuła niemały zawód, gdy zapukawszy w masywne drzwi chatki, nie usłyszała żadnego odzewu. Doszła do wniosku, że Hagrid musi przygotowywać się do kolejnych lekcji w Zakazanym Lesie. Obeszła posiadłość, a kiedy zdała sobie sprawę, że olbrzyma nie ma w jej pobliżu, zawróciła do zamku.
Niestety okoliczności zmusiły ją do opóźnienia.
- Powiedz, że wzrok mnie myli, Victorze – Przystanęła parę metrów za grupką chłopaków, którzy bez odwrócenia głów nie mogli jej dostrzec. - …A więc nie myli. – Odpowiedziała sobie samej, widząc co Gryfon trzyma w ręce. Nie dowierzając, kręciła głową na boki. Nie zważała na kojące słowa chłopaka. - …To papieros! Victor, jak możesz! – Krzyknęła skrzekliwie, świdrując jego i pozostałych Ślizgonów śmiercionośnym spojrzeniem. – Do tego na terenie szkoły! Ja… - Urwała na chwilę, przełykając ślinę. - …Ja to muszę zgłosić, przecież…
- Co to jest papieros? -  Dopytał zdezorientowany Nott, rzucając jego czarodziejski odpowiednik do jeziora. Magiczne wersje nie dość, że różniły się nazwą, to jeszcze nie miały tak negatywnych skutków. Aczkolwiek, nadal należały do raczej szkodliwych substancji.
Nikt mu nie odpowiedział, natomiast Victor zwrócił się ze spokojem do dziewczyny.
- Hermiono, nie musisz się o to martwić – Ręką rozczochrał jej burzę loków. – Jesteśmy dorośli. – Dodał z ledwo zauważalną nutką irytacji. Momentami Gryfonka stawała się przewrażliwiona na punkcie rzeczy, które niekoniecznie jej dotyczyły, choć to chyba była cecha wrodzona. Do tego dochodził brak chęci podjęcia większego ryzyka i niedozwolonej zabawy i tworzyła się mieszanka nie do zniesienia.
Hermionę odprowadziły słowa Malfoy’a.
- Skup się na sobie, Granger – Nie patrząc na jej reakcję, niedbale oparł głowę o pień drzewa.
Parę minut później dziewczynę już otaczały mury zamku. Rozmyślała bardzo długo, szukając klucza. I znalazła. Przyczyną bezkarności i głupawego ryzyka Victora, prefekta do tego! Pomyślała ze zgrozą, nie był wiek. O nie.

*

Mimo że niedawno zaczął się wrzesień, nie było przelewek. Biblioteka pękała w szwach od stale napływających doń uczniów, biedna pani Pince dostawała szału, stale apelując o ciszę, a stare regały uginały się pod ciężarem setek opasłych ksiąg.
Hermiona przestudiowała kilka naprawdę okazałych tomiszczy w celu napisania najlepszej pracy domowej na obronę przed czarną magią. Z przykrością musiała także stwierdzić, że faktów, które miała nadzieję w nich znaleźć, nie było. Większość informacji zdążyła już wcześniej przeczytać. Ledwo utrzymując stertę woluminów, spróbowała dosięgnąć jednej z wyższych półek.
Niestety, gdy jej równowaga zostawała wyprowadzana na próbę, by odłożyć podręcznik, ktoś mknąc jak torpeda, potrącił jej bark.  Delikatna stopa wykrzywiła się, a ułamek sekundy później, w jednym z najbardziej oddalonych działów rozległ się huk. Wszystkie opasłe tomiszcze wylądowały na wiotkim ciele Hermiony, a najcięższy, który miał być przed chwilą odłożony, boleśnie ugodził ją w głowę. Przygnieciona górą papieru, dziękowała w duchu, że nikt nie kręci się w tym dziale, a wielkość biblioteki stłumiła odgłos upadku.
Czując narastający ból w poszczególnych częściach ciała, zaczęła powoli ściągać z siebie książki. Dokładnie w tej samej chwili poczuła jak z prawej nogi ciężar uwalnia się samoistnie. Podejrzliwie uniosła spojrzenie i od razu przybrała wojowniczy wyraz twarzy, żywiej odsuwając podręczniki.
- Nie potrzebuję twojej pomocy – Warknęła z obrzydzeniem, obrzucając potępiającym spojrzeniem obojętne szarobłękitne tęczówki Dracona. Gdzieś na jego twarzy czaił się cień szyderczego uśmiechu, gdy ukucnął bliżej niej.
Rozszerzając swoje miodowe oczy, Gryfonka wstrzymała oddech, obserwując poczynania chłopaka z odrętwieniem.
- Szukałem tej książki do zadania domowego, Granger – Odparł łagodnie, nie starając się ukryć swego cynizmu. Jednak po krótkiej chwili samokontroli, nie mógł się powstrzymać i na jego ustach zagościł uśmiech pełen politowania przy akompaniamencie kąśliwego rechotu.
Sekundę później zniknął za rogiem półek, zostawiając zakopaną pod stertą ksiąg dziewczynę samą.
Hermiona mściwie przeklinała egzystencję Ślizgona, powoli siadając, gdy wtem podbiegł do niej Jasper. Błyskawicznie ściągnął z niej cały ciężar i z prawdziwą troską namówił na kontrolę w skrzydle szpitalnym. Ból w lewej ręce faktycznie stawał się uciążliwy. Westchnęła, dając się prowadzić przyjacielowi.

*

Leżenie i nic nie robienie nie było w zwyczaju Prefekt Naczelnej Hogwartu, a musiała zostać na całą noc w jednym ze szpitalnych łóżek.
Serdecznie przywitała Victora z bukietem kwiatów i chociaż bardzo chciała zapomnieć o jej wcześniejszych wnioskach, nie potrafiła.
Gryfon z ożywieniem opowiadał o pierwszym treningu drużyny, gdy nagle Hermiona  przerwała mu, wbijając wzrok w otrzymane kwiaty.
- Victorze, to wszystko przez towarzystwo, w którym się obracasz – Oznajmiła smętnie, po chwili napotykając niejasne spojrzenie chłopaka.
- Nie rozumiem – Odparł z uśmiechem, choć odsunął się nieco od łóżka. – Znam się z nimi od małego – Dodał zwycięsko i z dumą, a widząc jak Gryfonka ma zamiar prawić litanie, dodał szybko. – Odpoczywaj, Hermiono.
Po sali rozniósł się odgłos trzaskających wrót.
Victor dotarłszy do wieży Gryffindoru, rzucił się na łóżko z ciężkim sercem. Może faktycznie takie rozrywki powinni zachować na jakieś inne miejsce niż szkoła…Spojrzał na swoją odznakę Prefekta i zagryzł dolną wargę, choć po pewnym czasie, zmuszony został do lekkiego uśmiechu się pod nosem. Przynajmniej była zabawa.
Wtem do okna zapukała sowa. Chłopak nie spodziewał się żadnych korespondencji. Serce zaczęło mu bić szybciej, gdy list okazał się być od dyrektor McGonagall.

Panie Baker,
Z niebywałym rozczarowaniem dostałam informacje o wydarzeniach sprzed paru dni. Jestem rada, że chociaż panna Granger okazała odrobinę rozsądku, wtajemniczając moją skromną osobę w obecną sytuację.
Pańskie zdrowie należy do pana i nie mam najmniejszych intencji w nie ingerować,  dopóki nie jest zagrożone przez szkolne aktywności. Jednakże, pański postępek jest nieodpowiedni dla regulaminu szkoły. Dom Godryka Gryffindora zostaje ukarany utratą trzydziestu punktów, tak samo jak dom Salazara Slytherina. Razem z uczniami, którzy towarzyszyli panu w tamtej chwili, odbędziecie jednodniowy szlaban. Proszę niezwłocznie zwrócić się do pana Filcha.
Z wyrazami szacunku,
Dyrektor
Minerwa McGonagall

*

Addison wraz z Millie od dłuższego czasu stały przy umywalce, zawzięcie obgadując pewną osobę.
- Przez nią nie można złapać jakiegokolwiek kontaktu z Jasperem – Addie spojrzała w lustro, robiąc warkocza z bujnych włosów. – Stale siedzi w bibliotece i nie sposób go stamtąd wyciągnąć…
- Oczywiście nigdy sam...Zawsze w towarzystwie Granger… - Napomniała Millie, zakładając z niezadowoleniem ręce na piersi.
Przez jeszcze parę chwil dzieliły się swoimi burzliwymi uczuciami w stosunku do Hermiony, których zdecydowanie nikt nie powinien usłyszeć, gdy nagle jedna z kabin otworzyła się. Addison wydała przeraźliwy okrzyk, a Millie sparaliżowana, przyłożyła dłoń do ust, widząc jak otwierają się kolejne, a w nich…
- Dziewczęta – Teodor Nott zwrócił się do młodszych uczennic z udawanym potępieniem, kręcąc powoli głową. – Czy powinniśmy wtajemniczyć prefekt naczelną w taką opinię publiczną na jej temat? – Spytał zjadliwie, ozdabiając twarz szelmowskim uśmiechem.
Przyjaciółki zmierzyły spojrzeniami Victora, Teda i Dracona w ubrudzonych fartuchach i szczotkach. Nie sposób się nie uśmiechnąć na taki widok. Addie spoglądając na stojącego najbliżej jej Gryfona ukryła śmiech, zasłaniając usta dłonią. Odpowiedział jej również grzecznym uśmiechem, odsłaniając dołeczki.
- Zdecydowanie nie – Odezwała się w końcu Millie, spotykając spojrzenie Notta, - Chyba, że my powinnyśmy wtajemniczyć prefekt naczelną o waszych planach wymknięcia się dziś wieczorem do Hogsmeade? – Dopytała potulnie, uśmiechając się z gracją.
Draco dopiero teraz zauważył, że to dziewczyna, która przyjął do drużyny. Tak jak Teodor przymrużył oczy, bacznie obserwując.
Nott zaniemówił, następnie intrygująco marszcząc czoło.
- Skąd…
- To nieistotne – Draco złapał go za rękaw i zaczął ciągnąć ku wyjściu.
- Mamy układ! – Zawołał po raz ostatni Ted, wróciwszy po paru sekundach.
Dziewczęta wybuchły gromkim śmiechem.

*

Zgodnie ze zdaniem Millie, gdy dzień chylił się ku zachodowi, grupa przyjaciół wymykała się ukradkiem z zamku, usprawiedliwiając się obowiązkami prefektów, a Nott z Blaisem…Oni po prostu wyszli za przyjaciółmi.
Kierowali się ku światłom wioski, gdy nagle Ted odwrócił się w stronę zamku. Byli nadal blisko jego murów, a już czuł, że coś jest nie tak. Gdy dostrzegł co było tego źródłem, z prędkością światła zwrócił głowę z powrotem. Spojrzał na prowadzące go nogi tępym wzrokiem.
- Wydały nas – Szepnął ochryple, następnie łapiąc duży haust powietrza i doganiając przyjaciół. Nie wspomniał im o tym do końca wypadu.

------------
Drugi rozdział za nami.
Co o nim myślicie?
Całuję,
MoonSeer c:

piątek, 29 stycznia 2016

1. Korytarz na siódmym piętrze

Hermionę obudził przenikliwy, mrożący krew w żyłach krzyk.
Jej własny, jak mogła zauważyć, poczuwszy zimny pot na karku i wlepione w nią zmartwione oczy Ginny.
Gdy ruda Gryfonka już miała otworzyć usta, Hermiona westchnęła, kręcąc głową, a następnie sturlała się z ciepłego łóżka. To tylko sen. Zwykły koszmar, powtarzający się od maja.
Początek pierwszego dnia nauki w Hogwarcie przebiegał dość podobnie dla wszystkich. Niemal każdy o tej samej porze snuł się po dormitoriach, szukając niezbędnych rzeczy i z nieprzytomnym wyrazem twarzy uskuteczniał poranną toaletę. Jednak już na Wielkiej Sali uczniowie sprawiali całkowicie odmienne wrażenie; podczas śniadania uszy wypełniał szczęk sztućców i echo ciągłych, ożywionych rozmów. Nikt nie był ospały i ledwo żywy. Wszyscy i każdy z osobna czuł podnoszącą energię, by zacząć kolejny rok szkolny.
- Nie mogę się doczekać pierwszej lekcji starożytnych run – Hermiona orzekła z podekscytowaniem znad opasłego tomu, jednocześnie zajadając się owsianką.
Nie usłyszawszy żadnego odzewu, powoli przeniosła wzrok na osobę siedzącą obok. Victor nie patrzył na nią, wydając się bardzo skupionym na śniadaniu. Dziewczyna przeszyła go spojrzeniem wielkich orzechowych oczu, marszcząc niepewnie brwi. – Wziąłeś starożytne runy jako przedmiot egzaminacyjny, mam rację, Victorze? – Dopytała poważnym, nauczycielskim głosem, przekrzywiając głowę w oczekiwaniu na odpowiedź. Victor tylko lekko pokręcił głową, uśmiechając się przepraszająco.
- W tym roku zostałem kapitanem drużyny Gryfonów – Odparł powoli, jednak z dumą. – To też wiąże się z ogromną odpowiedzialnością – Dodał pouczająco, widząc jak twarz Hermiony stopniowo się zmienia. Po sekundzie profesor McGonagall wręczyła obydwojgu ich plany lekcji.
Gryfonka stale siedziała jak skuta lodem, ściskając kurczowo swój plan.
- Oh, nie złość się, Hermiono – Victor odgarnął włosy z czoła i rozczochrał dłonią fryzurę dziewczyny, uśmiechając się wesoło. – To tylko jeden przedmiot beze mnie, chyba dasz radę? – Nie spojrzawszy na przyjaciółkę, zapytał przyglądając się swemu zwitkowi pergaminu.
Dla Hermiony sekundy mijały nieprawdopodobnie wolno. Nie mogła pogodzić się z myślą, że Victor nie podjął się w tym roku nauki starożytnych run. Nie doceniał tego jak wielki talent miał w ich odczytywaniu, jak wspaniale radził sobie z każdym poleceniem i jaki wspaniały duet tworzył razem z nią. Porzucił to wszystko dla miotły! Chciała krzyczeć, przywrócić mu zdolność rozsądnego myślenia. Ale zamiast tego…
- Mam nadzieję… - Odezwała się ochryple, siląc się na słaby uśmiech, gdy w tej samej chwili ktoś jej przerwał.
- Pokaż plan! – Zawołał Teodor Nott, wyrywając kartkę z dłoni swojego kuzyna. – Slughorna jeszcze nie ma…Eliksiry mamy razem, dobrze widzę? To dobrze, może uda ci się nauczyć Malfoy’a różnicy między zgnieceniem na miazgę, a powolnym ugniataniem, bo to nie lada sztuka… mam rację, Baker? – Poklepawszy Victora po ramieniu, uśmiechnął się, przypominając sobie ile śmiechu zagwarantował wszystkim brak umiejętności Dracona. Wyciągnął rękę po tosta ze stołu Gryfonów i luźnym krokiem odszedł w kierunku swojego miejsca.

*

- Co masz teraz!? – Krzyknęła Addison, widząc Jaspera pierzchającego z Wielkiej Sali z prędkością światła. Ona wraz z Millie stały już na holu, delektując się ostatnimi wolnymi chwilami przed lekcjami.
Krukon był już na końcu korytarza, gdy odwrócił się z przejęciem wypisanym na twarzy. Przyłożył dłonie do ust, by go lepiej usłyszały przez tłum wylewających się uczniów.
- Wróżbiarstwo! Nie mogę się spóźnić! – Wrzasnął, machając na pożegnanie.
Dziewczęta zaśmiały się, przewracając oczami.
- Z niecierpliwością czekam, aż dostanę od niego jakąś małą przepowiednię – Millie zaśmiała się gładko, z nutką ironii.
Addison udając jak otwiera swoje wewnętrzne oko, zaczęła przemawiać głębokim tonem.
- Millie – Westchnęła, a Ślizgonka od razu wybuchła śmiechem. – Millie, czeka cię coś naprawdę strasznego! Ja.. – Dotknęła jej dłoni. - …Jeszcze nigdy nie czułam tak złej aury wokół nikogo… - Otworzyła oczy, a od razu pojawiły się w nich zabójcze ogniki. – Chyba nawet wiem dlaczego – Prychnęła z obrzydzeniem, przeszywając zimnym spojrzeniem Randalla za plecami przyjaciółki.
Ślizgonka zmarszczyła brwi z zakłopotaniem, czując czyjś oddech za sobą.
- Zobaczymy się na drugim śniadaniu, muszę zdążyć na opiekę – Addie rzuciła oschle, nie spuszczając wzroku ze Ślizgona. Millie rzuciła tylko błagalne spojrzenie w jej kierunku, nim Gryfonka zwróciła się w kierunku wrót Hogwartu.
Dziewczyna odwróciła się tyłem do chłopaka, zarzucając swymi długim czarnymi włosami. Założyła ręce na piersi, mówiąc chłodno.
- Pozbawiłeś mnie pięciu minut rozmowy z najlepszą przyjaciółką.
Randall teatralnie przewrócił  oczami, podchodząc bliżej. Ignorując wcześniejszą uwagę dziewczyny, zapytał czarująco.
- Dasz się odprowadzić na zajęcia? – Jego zimne spojrzenie spotkało chytre bladozielone tęczówki Millie, która po chwili uśmiechnęła się, pokazując rząd białych zębów. Delikatnie poprawiła chłopakowi wystający krawat i podniosła głowę ku górze.
- Ani myślę. – Odparła krótko i ozięble, następnie przekręciła się na pięcie i ruszyła w swoim kierunku z  wysoko uniesioną głową.

*

- To znaczy, ja od zawsze uważam, że wróżbiarstwo jest niesamowicie mętne, nie znoszę dziedzin, które nie są ściśle określone…Ale z chęcią mogę posłuchać! – Hermiona uśmiechnęła się szczerze do okularów Jaspera, który z zapałem pokiwał głową.
- Będę musiał tylko przed tym napisać wypracowanie dotyczące sposobów komunikacji mugoli, ale to nie zajmie długo…Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko, że spotkalibyśmy się w bibliotece godzinę później?
Krukon mocno ściskał księgi w swych chudych rękach, czekając z przejęciem na odpowiedź starszej Gryfonki. Gdy tylko uniosła kąciki ust, policzki Jaspera zaróżowiły się, a w żołądku obudziło się stado żwawych motyli.
W jednej sekundzie Hermiona zapowietrzyła się, a uśmiech chłopaka zmalał.
- …o dziesiątej mam patrol! – Jęknęła z bólem, nagle przypominając sobie obowiązek. – …z Malfoy’em! Przepraszam cię, Jasper, naprawdę mi przykro, ale chyba będziemy musieli to przesunąć na jutro. – Z prawdziwym żalem spojrzała w oczy chłopaka, ale jedna mała godzinka nie mogłaby im starczyć na wymianę swoich poglądów. -  Bez obaw, opowiem ci za to, co czeka cię w przyszłym roku na numerologii, to dopiero rewolucja! Prawdziwa numerologia zaczyna się na siódmym roku, nie zdajesz sobie sprawy…. – Hermiona ćwierkała z urzeczeniem, wspominając swoje wcześniejsze lekcje, gdy nagle usłyszała za sobą zgodną salwę śmiechu.
- Granger! W godnym towarzystwie się obracasz! – Hol przedarł złośliwy krzyk Teodora Notta w grupce swych oddanych przyjaciół. Jasper spuścił wzrok, a Hermiona sztywno obróciła głowę, czując jak jej krew dochodzi do twarzy. – Ratujcie się! Plaga moli książkowych nadchodzi! – Udając strach, Ślizgon otrzymał przeogromną aprobatę w postaci zawistnych rechotów chłopaków.
- Nie przesadzasz? – Victor syknął ze złością do ucha przyjaciela, gromiąc go spojrzeniem. – Nie zapominaj, kim jest też dla mnie. – Warknął ostrzegawczo, po czym uderzył Notta swym barkiem, ułatwiając sobie przejście.
Draco uniósł ze zdziwieniem brwi, obserwując całą sytuację z niewykrywalnym przez wszystkich zaciekawieniem, trzymając ręce w kieszeniach.
- Oh, daj spokój, stary! – Ted krzyknął za nim, bezradnie rozkładając ręce, ale ten już był przy Gryfonce. Ślizgon przeniósł wzrok na Dracona i tylko mruknął. – Nieważne. – Potem zostawili Victora w innym towarzystwie, olewając go ruchem ręki.

*

- Dlaczego nie załatwiłaś tego w pociągu, Millie!? - Lamentowała Addie z prawdziwym bólem w głosie. Przejechała dłońmi po twarzy. 
Ślizgonka w odpowiedzi prychnęła.
- Bo jestem przekonana, że gdybym jeszcze ja zaczęła robić problemy po tobie - Uśmiechnęła się sztucznie. - Niewiele wskórałabym, dołączając się. - Teraz zagryzła wargę z niezadowoleniem, a spojrzenie Gryfonki złagodniało. 
- Mówiła wyraźnie - Westchnęła Addison. - prefekci z INNYCH domów, a więc idź jej to przypomnieć, bo dwie godziny z Randallem sam na sam... - Wzdrygnęła się z ewidentnym obrzydzeniem. - ...Wystarczy, że ja muszę to przeżywać. - Poklepała pokrzepiająco przyjaciółkę po ramieniu, jednak ta wyrwała się, biegnąc przed siebie. W tłumie dojrzała przechodzącą prefekt naczelną. Nie można powiedzieć, że była chętna do rozmowy. Nie lubiła tej dziewczyny, choć nie wiedziała konkretnie dlaczego.
- Wybacz - Złapała lekko rękaw jej szaty, a ta od razu odwróciła się z badawczym spojrzeniem, widząc zielono-srebrny krawat. Millie wzięła ogromny haust powietrza. - Wczoraj w pociągu, wyraźnie nadmieniłaś, że patrol będą pełnić prefekci z dwóch innych domów...A w środy mam go mieć z chłopakiem z mojego domu. - Dokończyła dosadnie, tonem wysoce wyrafinowanym, czekając na reakcję. Zrób coś! Jęczała w myślach, widząc malujące się współczucie na twarzy Gryfonki.
- Przepraszam, ale to nie możliwe - Odparła łagodnie, aczkolwiek ze smutkiem. - Naprawdę przykro mi z powodu takiej pomyłki, ale zostało na was nałożone zaklęcie, dzięki któremu o tej porze możecie być na korytarzach bez żadnych konsekwencji. - Westchnęła ociężale, wydymając dolną wargę.
Millie spojrzenie stało się puste i bez wyrazu. Z rezygnacją pokiwała głową.
- Rozumiem, co czujesz - Hermiona odezwała się ponownie. - Też mam patrol z nieodpowiednią dla siebie osobą...Spróbuję to zmienić w drugim semestrze. - Orzekła, uśmiechając się pocieszająco. - ...Do tego czasu musimy wytrzymać.

*

Ogromny dzwon wybił godzinę dwudziestą drugą, a Hermiona punktualnie o tej porze pojawiła się w korytarzu na siódmym piętrze. Nie wiedziała, czy powinna się cieszyć, czy raczej nie z nieobecności Ślizgona. 
Usiadła na podwyższeniu, z uśmiechem obserwując ścianę, za którą krył się Pokój Życzeń.
Właśnie w takich chwilach najbardziej odczuwała brak swych najbliższych przyjaciół. Oni obrali inną drogę do swojej przyszłości, a ścieżka Hermiony musiała przebiec przez ostatni rok nauki w Hogwarcie. 
Korytarze wypełniała głucha cisza i pustka. 
Gdy po pewnym czasie zimno zaczęło przebiegać po jej plecach, postanowiła się przejść, a na chodzeniu w tę i z powrotem w jednym tempie oraz rozmyślaniu nad wszystkimi swoimi pracami domowymi zleciała godzina. W samotności. Nie można powiedzieć, że Gryfonce to nie odpowiadało, jednak zasady to zasady i Malfoy powinien się stawić. W przeciwnym wypadku, złoży skargę dyrektor McGonagall, nie zważając jak bardzo źle dla niej mogłoby się to skończyć. Olewanie tak istotnych rzeczy, było dla Hermiony nie do przejścia.
 Zostało czterdzieści pięć minut. Usiadła z powrotem na podwyższeniu, opierając zmęczoną głowę o kolana.
- Zejdź – Nad sobą usłyszała lodowaty, przeszywający ją do szpiku kości głos. Powoli podniósłszy głowę, ujrzała kogoś, kogo powinna oglądać przez ostatnią godzinę. Nie dowierzając, patrzyła na niego w ciszy, mrugając za szybko.
- Chyba żartujesz. – Spojrzała w bok. – Ten parapet ma prawie dwa metry.
Draco podążył leniwie za jej spojrzeniem, po czym ponownie spojrzał na nią z podejrzaną obojętnością.
- Zejdź, Granger – Powtórzył ostrzej. – Jeszcze urosną mi brzydkie skrzydła i zacznę pożerać każdą brzydką książkę na swojej drodze, jeżeli usiądę w twoim towarzystwie. – Dumny ze swojego stwierdzenia, uśmiechnął się bokiem. Hermiona również chciała coś odeprzeć, mimo tego, że gdzieś na szarym końcu serca, ta uwaga ją zakuła. Prostackie uwagi w stylu "plugawa szlama" nie obchodziły ją już zanadto. Była zdolną czarownicą pochodzenia mugolskiego i nie wstydziła się tego. Dużo ciężej było znosić złośliwe komentarze dotyczące tego co lubi, tego czym się fascynuje i tego co uważa w sobie za najbardziej wartościowe. Niestety w tej samej sekundzie za rokiem dosłyszała potężny huk. Mocno zacisnąwszy dłoń na różdżce, pobiegła szukać źródła hałasu, na tą chwilę wymazując chłopaka z pamięci. 
Malfoy dalej stał wyprostowany, chowając ręce w kieszeni. Obojętnie spojrzał na oddalającą się Hermionę, a gdy zniknęła, z chytrym uśmiechem usiadł na podwyższeniu, wyciągając się wygodnie.
Po prawie dwudziestych minutach usłyszał echo stąpających stóp Granger.
- Chochliki Kornwalijskie, doprawdy! – Ryknęła, nie posiadając się z oburzenia. -  Jak ty i twoja banda śmiecie robić tak potworne żarty! O ile można to nazwać żartami...Czy ty zdajesz sobie sprawę, jaki bałagan…
- To nie żarty. – Urwał Draco, nie patrząc w jej kierunku.  – To uprzykrzanie życia. – Mówiąc to, bawił się swoją różdżka, przekładając ją między palcami. Nagle i niespodziewanie z prędkością światła wycelował nią w Hermionę. Gryfonka wyczulona na jakiekolwiek ruchy podobne do takich, w przeciągu ułamka sekundy, krzyknęła formułę zaklęcia Expelliarmus. Głogowa różdżka poleciała jak długa, wywołując ciche echo na kamiennych posadzkach.
- Chciałem zapalić pochodnię. -  Hermiona słysząc ten głos pełen jadu przygryzła ze wściekłości usta. – Wypaliła się – Dodał wolniej, wstając. Dziewczyna aż kipiała ze złości, płonąc na twarzy. Chciała wrzeszczeć, drapać, bić, byleby tylko zmyć ten pyszałkowaty wyraz z jego twarzy. Ukartował to z jego ograniczonymi przyjaciółmi, wiedziała to, wykiwał ją, by zostać samemu w spokoju, a jej przysporzyć roboty i problemów, również z Irytkiem, który został zwabiony do zdewastowanej klasy z prędkością światła.
Obserwowała uważnie jak Malfoy kieruje się ku miejscu, gdzie leżała jego różdżka. Wpadając na cudowny pomysł, użyła niewerbalnych zaklęć, powodując jej ucieczkę od właściciela, który w tej samej chwili schylił się, wyciągając ku niej dłoń. Chłopak przewiercił nienawistnym, piorunującym wzrokiem Gryfonkę, której twarz wyrażała fałszywe politowanie. Uśmiechnęła się szeroko, niemal od ucha do ucha, w duchu nienawistnie śmiejąc się z krępacji Dracona.
Ślizgon nie mógł zdzierżyć takiego aktu poniżenia i swego rodzaju pomiatania za sprawą mugolskiej Gryfonki. Potrafił zdobyć się na odrobinę obojętności i pobłażliwości, jeżeli tylko nie będzie sprawiała problemów. A tu, proszę. Policzki chłopaka oblał blady rumieniec, a wargi zadrżały za sprawą furii wypełniającej go od środka. Kiedy przyglądał się jak Hermiona z uśmiechem pokazuje mu plecy, wybiła północ. Koniec ich patrolu. Zmrużył oczy, wydymając dolną wargę. Wypełniała go nieopisana pasja.
Po dwóch sekundach był tuż za nią. Ścisnąwszy mocno łokieć dziewczyny, odwrócił ją twarzą do siebie. Na tej delikatnej twarzy z początku wymalowało się raczej większe zdziwienie niż klasyczne dla niej obrzydzenie. Dopiero po chwili, gdy zrozumiała co się dzieje, gniewnie zmarszczyła brwi, patrząc w jego przenikające błękitne z przebłyskami szarości tęczówki bez krzty strachu czy skruchy.
- Nie wiem, co sobie pomyślałaś z początkiem roku, Granger – Szepnął, jednak nie był to bezpieczny ton. Pojedynczy kosmyk kręconych włosów pod wpływem głosu chłopaka, uniósł się frywolnie. – Hogwart może i się zmienił, ale ja ani trochę. – Uścisk na łokciu powodował coraz większy ból, choć zdawał się dochodzić do jej głowy gdzieś z oddali przez miętowy zapach Ślizgona, który niemiłosiernie i zdecydowanie nieprzyjemnie drażnił jej nozdrza.  Niechże mnie już puści! krzyczała w głowie. Inaczej użyję którejś nieprzyjemnej klątwy. Jednak gdy zaczęła się mocniej wyrywać i gotować na dzikie wrzaski, Draco uwolnił ją z uścisku, a nawet ordynarnie odepchnął. – Miej to na uwadze, Granger.


--------------------
Jeżeli udało Ci się przeczytać pierwszy rozdział, ponownie ślę podziękowania i uściski!
Żywię nadzieję, że choćby jeden aspekt w tej notce Ci się spodobał i zajrzysz tu jeszcze z nadzieją na kolejną część.
Trzymajcie się wszyscy cieplutko,
MoonSeer c:

sobota, 23 stycznia 2016

Prolog

Draco, Astoria, Blaise

- Gdybym wcześniej wiedział, że czeka mnie jeszcze jeden rok w tej szkole – Odezwał się Draco nieobecnym głosem. – rzuciłbym się z którejś wieży – Zmierzył potępiającym spojrzeniem grupkę małych dzieciaków żegnających się z rodzicami.
Na peronie 9 i ¾ panował nieopisany gwar i harmider. Uszy wszystkich wypełniały piski sów, przenikliwe miauczenie kotów, a przede wszystkim głosy tak dobrze znanych osób. Wydawałoby się, że w ostatnim czasie nic nadzwyczajnego nie miało miejsca. Każdy z osobna starał się tak myśleć, próbując stopniowo kasować mrożące krew w żyłach wspomnienia. Nie było już nic co mogłoby im zagrażać.
- Z pewnością – Stojący naprzeciw Draco Blaise odparł zgryźliwie, uśmiechając się pod nosem. Astoria Greengrass zawtórowała płynnym chichotem. 
Malfoy tylko prychnął wzgardliwie z cynicznym uśmiechem na ustach, poderwawszy podbródek. - …A już się obawiałem, że nie trafi.

Nott, Pansy, Victor

Przez tłum przedzierała się trójka siódmoklasistów. Właściwie jedna osoba ciągnęła za sobą dwójkę  złączonych ciał.
- Przestańcie, chociaż na chwilę – Victor Baker był dobrze zbudowanym Gryfonem o burzy mahoniowych włosów, które właśnie opadły mu na czoło. Wlókł za rękaw swojego najlepszego przyjaciela i jednocześnie kuzyna od strony matki. Rzucił wzrokiem pełnym politowania, sycząc. – Błagam, Ted.
 Na te słowa wysoki, ciemnowłosy chłopak wyprostował się, odgarniając włosy. Otwarłszy kciukiem usta, uśmiechnął się do nieskazitelnej twarzy Pansy. Obydwoje pośpiesznie obtarli dłońmi swoje ubrania, gotując się na spotkanie z tłumem.
- Tam! – Pansy wykrzyknęła, machając ręką nad głowami wszystkich ludzi. – Chodźcie, prędzej – szarpnęła lekko Notta, który ruchem oczu stanowczo nakazał Victorowi podążać za nimi. Jednakże ten tylko żartobliwie pomachał, nim całkowicie zmienił kierunek, rozgarniając tabun czarodziejów, by umożliwić swobodne przejście.

Hermiona, Ginny

Mimo tak zwykłego wstępu, nie można było czuć, że to zwykły początek roku szkolnego w Hogwarcie. Nie każdy powrócił, by dokończyć swoją naukę. Skutkowało to tym, że teraz Hermiona Granger rozmawiała tylko z jedną osobą na peronie.
Ginny zaśmiała się wesoło.
- Spójrz, Jasper już tu jest!
Hermiona podążyła opanowanym wzrokiem za wskazanym kierunkiem i uśmiechnęła się gładko. Nie zastanawiając się nad niczym, energicznie kiwnęła smukłą dłonią i niemal w tej samej sekundzie chłopak jej odpowiedział.
 Szesnastoletni Jasper Bennet był idealnym partnerem do każdego projektu, pracy domowej, czy wymiany poglądów w obszernej bibliotece. Jego niebiesko-szary krawat majaczył z daleka, widać, zdążył już się przebrać. Na twarzy chłopaka zawsze gościł uśmiech, a palce wiecznie zaciskały się na okładce jakiegoś opasłego tomiszcza. Zmierzał naprzeciw tłumowi, z pewnością kogoś poszukując, gdy wtem ktoś szturchnął go na tyle ordynarnie, że okulary z jego nosa niemalże upadły wprost pod stado dzikich stóp niezliczonej ilości osób.
- Malfoy – Syknęła brązowowłosa, mrużąc ze złości swoje orzechowe oczy. – Malfoy i jego świta – Pokręciła powoli głową, chcąc puścić się za sprawcą i zmusić go do przeprosin, mimo że już straciła Jaspera z oczu.
- Odpuść, Hermiono – Usłyszała za sobą głos gładki jak aksamit i poczuła lekki uścisk na ramieniu. Zarzuciwszy swoją burzą loków, ujrzała uśmiechającego się Victora. Ucisk zelżał, a Hermiona westchnęła, cofając krok.

Addison, Millie, Jasper, Randall

Jasper z nieopisaną radością i werwą przywitał się z Hermioną Granger, Prefekt Naczelną, jednak musiał odszukać kogoś jeszcze ważniejszego. Na jego twarzy rozkwitł uśmiech pełen ekscytacji, gdy w nieokrzesanym tłumie rozpoznał dwójkę swoich przyjaciółek, sprzeczających się o coś zawzięcie. Przyśpieszył kroku, jednak wtedy poczuł nagły ból w ramieniu. W ostatniej chwili przytrzymał okulary i nawet nie podniósł wzroku w poszukiwaniu winowajcy, tylko puścił się jeszcze szybszym biegiem.
Trójka naprawdę specyficznych przyjaciół z szóstego roku witała się ze sobą, krzycząc jeden przez drugiego.
Gdy emocje opadły, Addison Carter, niska Gryfonka o gęstych włosach koloru mlecznej czekolady, sarknęła przygnębiającym tonem.
- No i zepsuł mi rok szkolny. – Westchnęła z niezadowoleniem, machnąwszy lekceważąco dłonią.
- Czemu? Co jest? – Spytała łagodnie czarnowłosa Millie, jednocześnie z Jasperem podążając wzrokiem za kierunkiem Addie. Dopiero wtedy przygryzła dolną wargę i spuściła głowę, zapalczywie obserwując węża widniejącego na jej piersi.
Ku trójce uczniów zmierzał kolejny Ślizgon z ich roku. Dumnie uśmiechnięty i wyprostowany Randall Gilbert. Szczupły i nieziemsko przystojny chłopak z rodu o doskonałej historii. Wielu ludzi widziało w nim młodszą wersję Dracona Malfoya, jednak to stwierdzenie nie miało w sobie nawet grama prawdy. Tej dwójki nie łączyło nic więcej oprócz koloru krawata zawiązanego pod szyją. Mimo, że obydwaj byli blondynami, włosy Randalla nie były śnieżnobiałe, tlenione, jak Dracona. Jego fryzura wyglądała jakby wylano na nią srebro z domieszką typowego koloru blond. Jego oczy…Millie dobrze je znała. Spojrzenie najbardziej przeszywające i przyprawiające o gęsią skórkę, a jednocześnie pełne drwiny. Tęczówki zimne, szare. Można powiedzieć, że znała je jeszcze mocniej niż po prostu  „dobrze”. Chociażby teraz miała okazję im się przyjrzeć, gdy nachylał się, by złożyć na jej ustach pocałunek.
- Jak dotąd, nic się nie zmieniło – odepchnęła go lekko, odzywając się pustym głosem.
*
Hermiona odchrząknęła, musnąwszy opuszkami palców swoją odznakę Prefekta Naczelnego.
- Witajcie – Ton głosu miała napięty, choć mimo wszystko udało jej się poprowadzić zebranie Prefektów w Ekspresie Londyn-Hogwart. Pomijając fakt, że dopóki nie nadeszła kwestia patrolowania korytarzy nikt nie zamierzał jej słuchać.
-  Pewnie już wiecie, że patrolować korytarz ma dwójka prefektów z innych domów, chłopak i dziewczyna. – Urwała, spoglądając na kartkę. - …Przedstawiałoby się to następująco… - I zaczęła się litania, dotycząca godzin, pięter i osób. W tym czasie Victor zdążył uśmiechnąć się nikle, na wieść o wachcie z Pansy we wtorki, a  Millie poczuła skurcz żołądka słysząc swoje imię zaraz po Randalla w środy. - …No i została nam para Malfoya i Addison Carter w poniedziałki, korytarz na siódmym… - Hermiona zastanowiła się, czemuż kartka musiała być tak pogmatwana. Nic nie było ustawione chronologicznie. 
- Ja. Razem. Z nim? – Dopytała oniemiałym głosem Addie, rozdzielając każdą część. Jej błękitne oczy wyrażały głęboki żal do twórcy planu. – Nie – Rzuciła w powietrze, stanowczo kręcąc głową na boki. – Nie! Na pewno nie, Hermiono, nie zniosę z nim dwóch godzin każdego początku tygodnia, nie ma takiej opcji! – Takimi i podobnymi piskami Addison zaczęła dzielić się ze wszystkimi w przedziale. Każda para oczu zwróciła się w jej kierunku. Draco uśmiechnął się cynicznie, prychając cicho w miarę jak oburzenie dziewczyny wzrastało.
Hermiona wpatrywała się jak oniemiała, mrugając raz po raz.
Natomiast Victor gniewnie zmarszczył brwi, zakładając ręce na piersi.
- Czy ta dziewczyna jest stale taka problematyczna? – W czasie gdy Gryfonka kłóciła się co sił o zmianę partnera, Victor odezwał się do stojącego nieopodal Jaspera, który ostrożnie pokiwał głową.
- …Nie wiem co mam poradzić, Addison – Hermiona z opanowaniem spojrzała na sztywną kartkę, namiętnie główkując. – No chyba, że… - Umilkła, żałując tych słów. Podniosła wzrok na wielkie, zbolałe oczy Addie, nim westchnęła. – Istnieje taka możliwość, że wymienimy się… - Westchnęła. - Ale wtedy masz piątek z Randallem Gilbertem. – Rzuciła powoli, uśmiechając się pokrzepiająco i nie zwracając uwagi na chichot chłopaka.
Addison oblizała dolną wargę, próbując podjąć decyzję. Miała co tydzień spędzać tyle czasu z tak nieodpowiednimi dla niej osobami… Tak bardzo zadufanymi w sobie, egoistycznymi…
- Randall to chyba mniejsze zło. – Wymsknęło się jej, a po paru chwilach było po wszystkim.
Hermiona siedziała sama w kołyszącym się przedziale, z bólem serca zmieniając osoby. Dźgnęła kawałek pergaminu różdżką, jednocześnie zaprowadzając  na niej porządek.

Poniedziałek: godzina: 22:00, korytarz na siódmym piętrze, Hermiona Granger (Gryffindor) i Dracon Malfoy (Slytherin)

~

Jeżeli dotarłeś/aś aż tutaj, bardzo dziękuję za poświęcony czas!
Prolog prezentuje się w taki sposób i jestem świadoma, że początek to początek i najpierw należy Was konkretnie wprowadzić w temat...Temat, który zapowiada się najnormalniej na świecie, ale nie mogę zagwarantować  zwyczajności w przyszłych rozdziałach!

Do zobaczenia już wkrótce, 
Wasza MoonSeer c: